Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spiaggie bianche. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spiaggie bianche. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Kąpać się czy się nie kąpać, oto jest pytanie

Kilka dni temu byliśmy nad morzem. Nie była to jak zwykle Marina di Vecchiano, ale spiaggie bianche czyli białe plaże znajdujące się w okolicach Rosignano (powiat Livorno). Skąd moje wątpliwości odnośnie kąpieli? Otóż nie są to zwykłe plaże. Krajobraz, który wyłania się zza wydm jest powalający! Mamy wrażenie, że jesteśmy na Karaibach. Począwszy od brzegu gdzie jest bialutki piasek, kolor niebieski przybiera odcienie błękitu i lazuru (w okularach przeciwsłonecznych widziałam również turkus). Woda jest płytka przez jakieś 80 m w głąb. Piasek jest bardzo zbity, drobniutki i trochę wilgotny. Co ważne, ale i dziwne zarazem nie parzy w stopy! Babki i zamki z piasku lepi się świetnie! Dno morza jest piaszczyste. Nie znajdziecie tu ani pływających alg, ani muszelek, ani malutkich rybek. No i tu już się pewnie główkujecie!
Aby wyjaśnić zagadkę musimy się przenieść w lata 20 XX wieku. Wtedy to, niejaki Ernest Solvay, bogaty belgijski przemysłowiec wykupił tereny znajdujące się w pobliżu morza, w miejscowości Rosignano pod budowę wielkiej fabryki produkującej sodę oczyszczoną i jej pochodne (min. chlor, węglan sodu, chlorek wapnia, woda utleniona, ...itd). Budowa fabryki wiązała się z nowymi miejscami pracy co pociągało za sobą znaczną rozbudowę tego małego wówczas nadmorskiego miasteczka. Domy i bloki powstawały w zaskakująco szybkim tempie do tego stopnia, że w roku 1917 na posiedzeniu rady miasta Rosignano Marittimo, uchwalono, że nowopowstałe tereny będą nosiły nazwę Rosignano Solvay. Do dziś w architekturze funkcjonuje określenie “styl Solvay”, który odnosi się głównie do struktury miasta. Chodzi bowiem o wybudowane wówczas w pobliżu istniejącego już miasta,  miasteczko dla techników, inżynierów i budowniczych belgijskich. W skrócie można powiedzieć, że to wielki zielony ogród poprzecinany szerokimi, zadrzewionymi alejami przy których wznoszą się piękne wille.
Od lat wraz ze zbliżającym się okresem wakacyjnym narastają polemiki w lokalnej stacji telewizyjnej jak i na łamach gazet czy można czy nie można się kąpać w morzu w Rosignano? Oczywiście wszyscy się kąpią, nie tuż przy kanale odprowadzającym ścieki z fabryki, ale kilkaset metrów dalej już tak. Do tego stopnia, że przy brzegu nie można wcisnąć nawet parasola. Najwięcej jest turystów z Holandii, Niemiec i Francji. Nie brakuje jednak tubylców. Plażująca obok nas rodzina z Rosignano twierdziła, że przychodzą tu regularnie od 15 lat. Nigdy nikt się na nic nie skarżył. Jak twierdzi burmistrz miasta posiada niezbędne zaświadczenia z sanepidu, że woda nie jest skażona. Co więcej lokalne biura turystyczne, hotele i agtoturystyki swoją reklamę opierają głównie na spiaggie bianche i jak widać na brak turystów nie narzekają.
Ja chciałam się tym doświadczeniem z Wami podzielić. Nam się bardzo podoba. Dziewczyny brodziły po wodzie, nurkowały, lepiły babki i nie musiały chodzić w klapkach bo piasek parzy w nogi. Jak zawsze należy kierować się zdrowym rozsądkiem, ale moim zdaniem raz na rok można zaszaleć, ale decyzja należy do Was.




Poniżej moje ulubione zdjęcie: mozzarella i nutella :)



Nie brakowało obnośnych sprzedawców "wszystkiego". Na plaży można zrobić sobie masaż, tatuaż, setki warkoczyków, kupić okulary, buty, torby, ubrania i jedzenie. Jednym słowem skoro jesteś na plaży i nie możesz być jednocześnie w sklepie to sklep przyjdzie do Ciebie. Wszyscy wiemy, że na wakacjach nas ponosi i pozwalamy sobie na więcej... Inni o tym też wiedzą i handel kwitnie.

 No i wszystko byłoby pięknie gdyby nie majacząca w oddali spuścizna po Solvayu... (od miejsca w którym byliśmy  oddalona jest o ok. 4 km)
http://meteolive.leonardo.it
Wieczorem, po obowiązkowym prysznicu (w pobliżu plaży i parkingu nie ma) i zmyciu z siebie ton białego pyłu, który wdziera się dosłownie wszędzie... Andrea zabrał się za przygotowywanie kolacji. Oczywiście nie mogło zabraknąć spaghetti con le vongole. Jest to jego popisowe danie i ja nawet nie zbliżam się wtedy do kuchni. Jak już będzie wszystko gotowe to zostaniemy zaproszone do stołu. Teraz już nawet 2 letnia Ania umie sama (bez łyżki! tego prawdziwi Włosi nie robią) nakręcać makaron na widelec. W pewnym momencie (moje Dziewczyny mają "lekkość" w zmienianiu smaków) z jednego końca stołu, bez zbędnych uprzejmości, dało się słyszeć: mortadella, mortadella! Znaczy to mniej więcej tyle co nie będę już jadła tego co mam przed sobą! Mortadella została podana. Ania zajęła się znowu jedzeniem i wtedy dopiero dotarły do mnie słowa wyrecytowane przez Andreę:

caramella, mortadella, mandolino, mandarino

Uświadomiłam sobie co tak naprawdę właściwie powiedział i uśmiałam się do łez! Nie jest to bowiem zwykła wyliczanka. Jest to telegram jaki pewna Pani wysłała do Melli, swojej znajomej po śmierci Delli (ich wspólnej znajomej). Napisała również, że ona do Melli wysyła Lino, a sama czeka na Rino, którego ma przysłać Mella. Po włosku "właściwie" rozpisane wygląda to w taki sposób:
Cara Mella,
morta Della.
Mando Lino.
Manda Rino.
Dla tych z Was, którzy nie znają włoskiego wyjaśniam, kilka słów: caramella - cukierek, mortadella - mortadela, mandolino - mandolina, mandarino - mandarynka, cara - ukochana, droga osoba, morta - zmarła, mando - wysyłam, manda - wyślij. Reszta słów to po prostu imiona (dwa wymyślone na potrzeby wierszyka) a dwa istniejące naprawdę: Rino i Lino. W gruncie rzeczy zlepek głupot, ale uśmiałyśmy się po pachy!