Gdyby ktoś Was zapytał, gdzie jest najwięcej Toskanii w Toskanii, to jaka
byłaby Wasza odpowiedź????
Ja, powiem szczerze, że nadal mam z tym problem. Od pierwszego spotkania! A moje niezdecydowanie, w znacznej mierze, zależy to od tego gdzie akurat jestem.
Jak spaceruję wąskimi uliczkami Cortony czy San Gimignano to piszczę z
zachwytu, że Toskania to jest właśnie to! Malownicze uliczki, gwar, okna
udekorowane doniczkami czerwonych geranium oraz powiewające na wietrze pranie...
Będąc we Florencji czy Sienie, chłonę historię i sztukę. Z otwartą buzią
przyglądam się niezwykłym dziełom, stworzonym przez niezwykłych ludzi, wieki
temu. Pijąc kieliszek czerwonego wina w Chianti, wychwalam urodzajne ziemie tego
regionu, dzięki którym winogrona są inne niż gdziekolwiek indziej... Leżąc na piasku, w
promieniach rozgrzanego do granic możliwości słońca, wsłuchana w szum lazurowego
morza na plaży, na Elbie, jestem pewna, że to jest właśnie to! Wszystko to do
czasu, kiedy to po raz enty, znieruchomieję na widok nieziemskiego krajobrazu Crete
Senesi. Ten niesamowity spokój, wzgórza pokryte odcieniami, wręcz, zamszowej zieleni i niezliczonych kolorów ziemi...
Zdaję sobie sprawę, że nigdy nie ogarnę ogromu dób kulturalnych Toskanii,
nie odwiedzę wszystkich muzeów, miast i miasteczek. Chociaż kto wie? Skoro tu
mieszkam!? Cieszę się na samą myślą, że w ciągu maksymalnie dwóch godzin jestem w
stanie dojechać w każdy jej zakątek.
Mam jeszcze spore zaległości w opisywaniu miejsc, które
odwiedziłam, ale muszę Wam opisać to, które odwiedziliśmy kilka dni temu.
Jest to agroturystyka położona w pobliżu miejscowości Radicofani, w samym
sercu Crete Senesi. Teraz już chyba wyjaśniło się, skąd moje początkowe przemyślenia i
poszukiwania Toskanii w Toskanii.
Po drodze, a jechaliśmy od strony Chiusi, widoki są takie:
Agroturystyka jest położona na wierzchołku wzgórza (500 m n.p.m.). Końcowy odcinek drogi, to droga szutrowa, ale jest szeroka i jak najbardziej przejezdna. Z lewej strony ciągnie się las i łagodne zbocze, a po prawej stronie oprócz jednego domostwa, rozpościerają się piękne widoki. Na drodze, jak mówili nam gospodarze, można spotkać jelenie, dziki, sarny, zające i jeżozwierze (dla mnie to nadal egzotyka!). Zwierzęta niejednokrotnie podjadają warzywa z ogródka czy oliwki prosto z drzewka.
Do agroturystyki wjeżdża się, a właściwie wchodzi przez piękną bramę (przed bramą jest parking).
Właściciele to przesympatyczna para, mieszkająca na co dzień w Rzymie. Z wielkim pietyzmem urządzali wszystkie pomieszczenia. W gruncie rzeczy, jest to niewielki obiekt, na który składają się 2 budynki mieszkalne (w sumie są 4 apartamenty i jeden pokój dwuosobowy). Istnieje możliwość połączenia apartamentów, w przypadku gdyby chciała wynająć je grupa przyjaciół lub większa rodzina. Każdy z apartamentów znajduje się na parterze, a na pierwszym piętrze od czasu do czasu pomieszkują właściciele.
Po drodze, a jechaliśmy od strony Chiusi, widoki są takie:
Agroturystyka jest położona na wierzchołku wzgórza (500 m n.p.m.). Końcowy odcinek drogi, to droga szutrowa, ale jest szeroka i jak najbardziej przejezdna. Z lewej strony ciągnie się las i łagodne zbocze, a po prawej stronie oprócz jednego domostwa, rozpościerają się piękne widoki. Na drodze, jak mówili nam gospodarze, można spotkać jelenie, dziki, sarny, zające i jeżozwierze (dla mnie to nadal egzotyka!). Zwierzęta niejednokrotnie podjadają warzywa z ogródka czy oliwki prosto z drzewka.
![]() |
| Widok na agroturystykę z lotu ptaka |
Do agroturystyki wjeżdża się, a właściwie wchodzi przez piękną bramę (przed bramą jest parking).
Właściciele to przesympatyczna para, mieszkająca na co dzień w Rzymie. Z wielkim pietyzmem urządzali wszystkie pomieszczenia. W gruncie rzeczy, jest to niewielki obiekt, na który składają się 2 budynki mieszkalne (w sumie są 4 apartamenty i jeden pokój dwuosobowy). Istnieje możliwość połączenia apartamentów, w przypadku gdyby chciała wynająć je grupa przyjaciół lub większa rodzina. Każdy z apartamentów znajduje się na parterze, a na pierwszym piętrze od czasu do czasu pomieszkują właściciele.
W wystroju wnętrz, widać dbałość o każdy szczegół i włożone w to serce! Począwszy od terakoty na podłodze, belek z kasztanowca pod sufitem, murowanej kuchni i prostych kominków.
Każdy mebel jest niepowtarzalny. Jak dla mnie, wyjątkowy! Moją uwagę zwróciły piękne łóżka,
dekoracyjne półeczki w kuchni,
i nietypowe okna.
Na ścianach, w każdej z sypialni, zawieszone są ręcznie dziergane serwetki, wykonane przez babcię właścicieli. Czuć tu naprawdę domową atmosferę. Z okien apartamentów rozciągają się widoki na wzgórza i gaj oliwny. Widać stąd San Casciano dei Bagni, Monte Amiata (jeszcze wczoraj pokrywa śnieżna wynosiła 3 m!) oraz Celle sul Rigo.
Przed wejściem do każdego z apartamentów jest obszerny ogródek z miejscem
na meble ogrodowe oraz kamienny grill.
W pomieszczeniu gospodarczym, do użytku gości, jest pralka, rozkładana
suszarka, deska do prasowania, żelazko i dwa rowery górskie. Oprócz tego jest jeszcze mały domek, domek dla krasnoludków, jak nazwały go dziewczynki, czyli
przechowalnia mebli ogrodowych, kosiarki do trawy i innych niezbędnych narzędzi.
Na terenie całego obiektu jest internet bezprzewodowy. Aha, wszystkie kuchnie są w pełni wyposażone, a w łazienkach są suszarki do włosów.
Na pięknym naturalnym tarasie, jest basen (zejście po schodkach), leżaki i parasole.
Jeśli znudzą się Wam kąpiele i spacery po wzgórzach czy gaju oliwnym to możecie pozwiedzać okolicę. My mieliśmy jeszcze kilka umówionych spotkań w Pienzy i Castiglione D'Orcia. Ruszyliśmy więc w drogę.
![]() |
| Jest domek dla krasnoludków, są i krasnoludki! |
Na terenie całego obiektu jest internet bezprzewodowy. Aha, wszystkie kuchnie są w pełni wyposażone, a w łazienkach są suszarki do włosów.
Na pięknym naturalnym tarasie, jest basen (zejście po schodkach), leżaki i parasole.
Jeśli znudzą się Wam kąpiele i spacery po wzgórzach czy gaju oliwnym to możecie pozwiedzać okolicę. My mieliśmy jeszcze kilka umówionych spotkań w Pienzy i Castiglione D'Orcia. Ruszyliśmy więc w drogę.
Widok w drodze do Pienzy:
Spotkaliśmy pasące się owce. Pienza i jej okolice słyną z wyrobu sera pecorino:
Był też osiołek. Ten trochę surrealistyczny obrazek, na długo pozostanie w mojej pamięci:
![]() |
| Tu, osiołek z cyprysową czupryną! |
Zbliżała się pora obiadu. Dziewczyny gromkimi owacjami przyjęły wiadomość, że od teraz, szukamy restauracji. Wybór padł na Pienzę.
Po drodze do Pienzy żołądek kurczył mi się coraz bardziej. Nie, nie z głodu, ja akurat, tego dnia złakniona byłam widoków!
Sami zobaczcie:
Będąc w Pienzy, oprócz obowiązkowego zakupu owczego sera pecorino:
koniecznie musicie przejść się wąskimi uliczkami tego miasteczka,
pooddychać jego niezwykłą atmosferą i wyciszyć się we wnętrzu pięknej katedry.
A już na pewno, nie możecie odmówić sobie, spaceru wzdłuż (a właściwie po murach) miejskich.
Nie mogąc oderwać wzroku od bajkowych pejzaży Crete Senesi, zarzuciłam Andreę setkami pytań: czy mieszkańcy takich miasteczek jak Pienza, ci, którzy rano otwierają okiennice i widzą taki krajobraz, czy jeszcze się nim zachwycają? Czy czują to samo co my, przyjezdni? Czy takie widoki mogą się znudzić, bo przecież piękno chyba nie może spowszednieć?? Andrea, oczywiście nie był w stanie odpowiedzieć mi na moje pytania. Powiedział jednak coś co mimo wszystko mnie usatysfakcjonowało. A mianowicie, że odkąd jesteśmy razem i razem jeździmy po Toskanii, widzi ją w zupełnie innym świetle i, że jest o wiele piękniejsza niż kiedyś :)
W promieniu do 30 km od agroturystyki, aż roi się od słynnych miasteczek: Pienza, Montalcino, S. Quirico d’Orcia, Bagno Vignoni, Castiglione d’Orcia, Abbadia S. Salvatore, Chiusi, Montepulciano...uffa...nie mogę się zatrzymać, bo mam wrażenie, że jedno jest piękniejsze od drugiego. Zresztą, co ja będę pisać, sami musicie to zobaczyć! Może Wam się uda ustalić jaka jest zawartość cukru w cukrze!
Podróż do domu minęła nam spokojnie i o dziwo, bardzo szybko. Dziewczyny spały. Zresztą teraz są w stanie zabawić się same. Sofia czyta napisy na wszystkich tablicach i znakach drogowych, nazwy restautracji i barów. Anka gada, gada i jeszcze raz gada...i aż się boję pomyśleć co to będzie jak ona nauczy się czytać!!! Korki w uszy!!! Jedno jest pewne, wycieczka się nam udała.
Powyższy wpis dedykuję Kasi i Rafałowi z Koszalina (o nich pisałam tu), którzy podczas swojego miodowego tygodnia, nie dotarli do Pienzy. Wiem, że jeszcze tu wrócą!














































