czwartek, 12 czerwca 2014

Sapore di mare czyli powarsztatowe wspominki



Minęło już sporo czasu odkąd skończyły się warsztaty kulinarne.

Muszę przyznać, że sobota po wyjeździe uczestników jest dla mnie zawsze jakaś dziwna, powiedziałabym wręcz pusta.
Jestem osobą bardzo towarzyską, która szybko nawiązuje kontakt z innymi i nie ma co ukrywać, że przez tydzień codziennych spotkań, najzwyczajniej w świecie zdążyłam się przyzwyczaić do wszystkich uczestników.
Po zakończeniu edycji, mury mieszkania zaczęły mnie ograniczać, a świadomość powrotu do codziennych obowiązków była ... nieunikniona. Niemniej jednak miałam znowu więcej czasu dla Rodzin i dla Was. A zostałam nieźle zasypana zapytaniami o wakacje, jesienny wypoczynek, nowe warsztaty i śluby :) Z czego oczywiście bardzo się cieszę.

Z dnia na dzień przestałam żyć beztroskim życiem turysty (bo w Waszym towarzystwie bardzo mi się to udziela), musiałam pamiętać o odbiorze dziewczynek ze szkoły (bardzo pomocna w tym okresie moja Mama wróciła już do Polski), musiałam się przestawić na zwyczajne jedzenie (bo już nie podjadałam pyszności z garnków elizowej kuchni) zaprzestałam degustacji wina i spontanicznych zakupów na ryneczkach...

Warsztaty rozpoczęły się w sobotę 10 maja zapoznawczą kolacją, tak żeby każdy mógł spróbować na co się pisze, a właściwie już zapisał !
Na początku była nas tylko trójka: Marzena z towarzyszącym jej mężem Adamem i ja. Cierpliwie czekaliśmy na pozostałe uczestniczki, które po drodze miały problem z samochodem. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Dzielne Panie nie przestraszyły się świecącej lampki na desce rozdzielczej, a już tym bardziej nie dały wciągnąć samochodu na lawetę i tak, późnym wieczorem dołączyły do nas: Marylka, Adela, Danusia, Ania, Ola i Kasia. Znałam je (prawie wszystkie) już wcześniej z organizowanego przeze mnie w 2012 roku toskańskiego szkicownika. Bardzo się ucieszyłam kiedy dowiedziałam się, że zamierzają ponownie skorzystać z moich pomysłów i co więcej przywiozły ze sobą dwie nowe przyjaciółki. Do pełnego składu brakowało nam jedynie Marii i Henryka, którzy zapowiedzieli swój przyjazd w niedzielę oraz Brygidy i Agnieszki, które miały przylecieć w poniedziałek.
Niedzielne, trochę leniwe przebudzenie i pierwsza myśl : zaczęło się ! Czułam te motyle w brzuchu (to chyba jednak lekki stres), ale i ogromną ciekawość. Jak będzie tym razem ? Czy wszystko wypali, czy dopisze pogoda ? Od niej zależała nasza wyprawa kutrem. Motyli jak widać była cała chmara .

Niedzielę po przyjeździe zostawiłam grupie na odpoczynek i rozeznanie się w terenie. Wyposażeni w solidne wskazówki, mapy i broszurki mogli pojechać gdzieś dalej, poszwędać się po okolicy bądź odpocząć w agroturystyce.

Starym zwyczajem tydzień zaczęliśmy od degustacji wina. Rzędy winorośli już pięknie się zazieleniły, widać było, że winnica jest już po najważniejszych zabiegach "upiększających" i jedynie wysoka trawa w pobliskich rowach czeka na przycinkę. Pracy na 140 hektarach jak łatwo jest sobie wyobrazić jest wbród. Skosztowaliśmy kilku gatunków wina, ale wszystkim jednogłośnie przypadło do smaku vinsanto ! Każdy wyszedł z pamiątkową butelką tej ambrozji, a nawet dwiem, trzema, czterema...








Ponieważ jedna z atrakcji warsztatów, wyprawa kutrem rybackim, zależała od pogody, a właściwie braku wiatru, to do tego wydarzenia dostosowałam wszystko inne. Tym sposobem już we wtorek po południu zaczęliśmy gotowanie.
Cała grupa stawiła się puktualnie o 16.00, pięknie ubrana w fartuszki mojego rękodzieła z notesikami w ręku.
Ja, jak zwykle bardzo mocno wzruszona ... 


Zdjęcie robił nam jedyny w grupie gotujących mężczyzna - Henryk.
Tym razem Elisa, zaopatrzona w tablicę, wypisała dokładnie dania, które zamierzała tego dnia zaprezentować.
Jak się już pewnie domyślacie wszystkie dania były jednie formą wyjściową, bo później pojawiały się warianty i warianty wariantów (nie dziwię się, że notatniki na przepisy kończą się już po pierwszym dniu warsztatów!).
Elisy jednak nikt nie jest w stanie powstrzymać ! Widać, że lubi to co robi i o to mi właśnie chodziło. Jedna z uczestniczek obawiała się czy nie usłyszy czasem : "oddaj fartucha" parafrazując słynne już powiedzenie Michela Mora z polskiej edycji MasterChef'a. 

Nie, u nas to nie jest takie gotowanie. 
Po pierwsze to nie jest konkurs i nie ma w tym żadnej rywalizacji, a po drugie wszyscy są mniej więcej na takim samym poziomie. Przyjechaliście tu na warsztaty kulinarne i chcecie się czegoś nauczyć. Bardzo mnie cieszy kiedy widzę, że Elisa zaskakuje Was swoimi trickami. Czasami są to drobiazgi, ale jak wiadomo szczegół robi róznicę.


Każdy dzień gotowania kończył się nadspodziewanie szybko. Cztery godziny lekcyjne to niby nic, ale jednak tańczy się pomiędzy kuchnią, a blatem. Tu coś posiekać, tam coś obrać, zamieszać w garnku, podlać rosołkiem... Tak tylko się zdaje. Przerwy oczywiście były tak żeby można było skosztować potraw i ochodzić się przepysznym prosecco ...
Wszyscy garnęli się do pracy. Bez wyjątku!

Czyszczenie krewetek i kalmarów :





U dobrej kucharki nic się nie marnuje ! Z oczyszczonych głów krewetek, ich pancerzy i warzyw można przyrządzić rosołek, który na pewno się nam przyda podczas gotowania risotto na bazie ryb i owoców morza.


A jak już się człowiek narobi,


to będzie można pochwalić się swoim daniem. 
Tylko chwilka, jeszcze pomidorek !


i voila, można zaprezentować,


bo za chwilę najprzyjemniejszy moment gotowania czyli jedzenie :



Sami popatrzcie, będą miały się czym chwalić uczestnicy warsztatów!

Ciekawe czy zgadniecie dlaczego darzę to zdjęcie wielkim sentymentem ... ?




Karmelizowana cebula, przebój warsztatów :)

Toskańska zupa fasolowa cieczyła się ogromną popularnością ! Oj, pójdą w odstawkę nasze fasolówki ...


Wygląda pięknie prawda ?  A to nic innego jak końcówki od szparagów (które normlanie byłyby wyrzucone, a nadają smaku) i kilka vongoli plus nasz rosołek. Dodać makaron lub ryż i pierwsze danie gotowe !







W gronie uczestników, była jedna osoba, która nie przepada za rybami. Co nie znaczy, że ich wogóle nie je, ale woli w ich miejsce zjeść np. dobry sos warzywny. Elisa natychmiast to wychwyciła, chociaż nie było jej to zgłoszone i specjalnie dla Ani przygotowywała warzywne wersje dań, które nam prezentowała. Tym samym notatki uczestników wzbogaciły się o zupełnie nieplanowane przepisy. 

No i jak już Ania złapała swoją "miskę" to jej z rąk nie puściła :) Póżniej każdy zrobił sobie dania a la Ania ! Roztopiona scamorza czyli "bałwanek" (tak na szybko wytłumaczyłam jaki to ser)

W środę wieczorem otrzymałam telefon, że nasza wyprawa kutrem z powodu wysokich fal nie odbędzie się. No cóż, nadal nie mam wpływu właściwie jedynie tylko na toskańską pogodę :) Powiem szczerze byłam tym faktem przybita. Tak wszystko ciekawie się ze sobą łączyło. Był owszem wariant awaryjny, ale to nie to samo.
Do domu wracałam ze ściśniętym żołądkiem i nawet takie piękne widoki starciły dla mnie swój odwieczny urok ...

 
Jednak w czwartek, tuż po 7.00 rano telefon od przesympatycznej Marzii, właścicielki kutra rybackiego wprawił mnie w świetny nastrój. W Viareggio fale były minimalne i pogoda jak najbardziej odpowiednia na taką wyprawę! Odczekałam godzinę, dałam się swoim warsztatowiczom wyspać, a dopiero później zadzwoniłam do agroturystyki. Akurat przeszkodziłam w śniadaniu, ale co tam, miałam przecież dobrą wiadomość. Wszyscy szybko zwinęli żagle i ruszyliśmy nad morze. Po dwóch godzinach byliśmy już na kutrze, no może troszkę dłużej, bo jak się okazuje tego dnia były problemy z parkowaniem.

No, a później cała naprzód !
 

Z dużą prędkością oddalaliśmy się od brzegu. 



Udało mi się złapać wszystkich razem !

Teraz jeszcze chwila odpoczynku, ale za moment trzeba będzie ciężko pracować. Już z daleka było widać chorągiewkę, a to znak, że dopłynęliśmy na miejsce gdzie o 5.00 rano Alfio i Marzia zarzucili sieci.
 
Teraz przecież, ktoś musi je zebrać. Dodam, że sieć miała długość 1 km, a pod nami było 14 metrów głębokości. 



 Chętnych nie brakowało.
 


Był oczywiście czas na odpoczynek, na łapanie pierwszych promieni słonecznych, na pogawędki, na podziwianie krajobrazów ...



Ja wykorzystałam zamieszanie i weszłam na opuszczony mostek kapitański :)


Marzia z czerwoną szminką na ustach i rudymi włosami opadającymi na opalone już ramiona, przypominała mi Ariel z filmu o Syrence. Wdzięku nie ujmowały jej nawet kalosze siegające do kolan. Nie mogłam się oprzeć, żeby nie zrobić jej zdjęcia z rybią łuską we włosach. Ręka mi jednak zadrżała z wrażenia  :(


Następnym punktem programu pokaz skrobania ryb (chociaż tego właściwie nie było, a samo filetowanie), kilka ciekawych opowiastek i obiad na łajbie. Najlepiej oczywiście z tego co złapiemy. A z sieci wyskakiwały między innymi takie różności:





Ponieważ wiatr się lekko wzmógł, podjęta została decyzja o powrocie do portu i zjedzeniu obiadu na pokładzie, ale już przycumowani. 

Liny zostały zarzucone.



Zeszliśmy "prawie" na ląd.

 
Marzia równie zręcznie jak sprzętem rybackim, posługuje się nożem kuchennym. Od czasu do czasu pomagała sobie nożyczkami, których ja nieobliczalną wyrekę w kuchni, odkryłam dopiero w Toskanii.




Dzięki wieloletniemu doświadczeniu obojga, dowiedzieliśmy się kiedy ryby i owoce morza są świeże, co nadaje się z nich do jedzenia, czy można jeść je surowe i kilka innych ciekawostek. 

No, a później uczta. Nigdy nie zapomnę tego spaghetti alla Trabaccolara ! Typowego, prostego dania z Viareggio. Najzręczniej będzie to określić: co w sieci, to na talerzu.




Rybka przynisoła nam jeszcze deser:



A Alfio odtwierał kolejne buteli presecco.



Z bólem serca, ale trzeba było jednak wrócić do agroturystyki. Jeszcze tylko most zwodzony, który otwiera się co godzinę,



bezbłędne parkowanie tyłem (niektórzy tak nie potrafią nawet samochodem i to przodem!)


i pamiątkowe zdjęcie :)


W ostatnim dniu, tradycyjnie już, udaliśmy się na ryneczek do Montale. Największą popularnością cieszyły się wśród Was sery, oliwki, fasola (to pokłosie tej toskańskiej fasolowej z pierwszego dnia), suszone pomidory i łyżki cedzakowe do wyciągania smażonych np. warzyw z głębokiego tłuszczu. 

Tym razem zostałam na kolacji. Doszłam do wniosku, że muszę uhonorować uczestników za czas spędzony w kuchni, za czas spędzony ze mną i za ich zaangażowanie. Od teraz, uczestnicy warsztatów będą dostawać dyplomy. Nie mogłam wręczyć ich przecież w biegu ! Poza tym chwytałam się każdej chwili żeby pobyć z nowymi przyjaciółmi. 




Przy Was (dotyczy to wszystkich grup warsztatowych i wszystkich osób, które dzięki VisiToscana spotkałam na swojej drodze), wiele rzeczy znowu widzę w innym, tym "pierwszym", lepszym świetle. Wy, podobnie  jak ja 10 lat temu, z takim samym entuzjazmem wąchacie rozmaryn zerwany prosto z krzaka, rozpływacie się nad słodkością zwykłego pomidora, robicie zdjęcie obdrapanym drzwiom przez które nikt nie przeszedł od lat, zauważacie uginającego się od wiatru wątłego cyprysa, rozkoszujecie się widokiem chłopców grających w piłkę na Piazza del Duomo w Pistoi... 
W codziennym życiu czasami zaciera się ta niezwykła zwykłość, mimo iż tak bardzo staram się ją pielęgnować. 
 

Moje refleksje:
- surowa krewetka, prosto z sieci była naprawdę bardzo dobra
- smażony jajnik kałamarnicy prosto z sieci (tej ze zdjęcia) pyszny ! 
- uwielbiam prosecco, ale to już chyba wiecie :)



piątek, 30 maja 2014

Girasole

 
 
 
Jest, jest, jest ! 

Nasz pierwszy toskański
słonecznik
 
czyli
 
 GIRASOLE
 
Chociaż tak do końca toskański to on nie jest ponieważ pestki słonecznika przywieźliśmy już dawno temu z Polski ...
 
Wiem, powiecie, że nie wozi się drzewa do lasu, ale od czasu do czasu ja tak mam !
 
A nasz słonecznik jest tak delikatny jak Sofia, która wpadła na pomysł żeby właściwie już ususzoną pestkę najpierw namoczyć w wodzie, a później wsadzić ją do ziemi.

No i teraz jest jeszcze bardziej słonecznie w mieszkaniu!
 
A pomyśleć, że najlepsze przed nami, bo już wkrótce słonecznikowa żółć zaleje toskańskie pola o czym wielu z Was będzie mogło się przekonać na własne oczy.
 
 
 
 
 
 

piątek, 9 maja 2014

Od jutra smakujemy, a później gotujemy toskańskie przysmaki !



Następny tydzień zapowiada się bardzo smakowicie :)

Jutro zaczynają się kolejne warsztaty kulinarne.

 Jest to już IV edycja Waszej przygody z kuchnią toskańską !!

Tym razem tematem przewodnim będą ryby i owoce morza mniam...mniam...
Nie zabraknie oczywiście własnoręcznie robionego makaronu, pizzy, przystawek, sosów, nie mówiąc o toskańskim winie, oliwkach, oliwie...

 O wrażeniach opowiem Wam zaraz po zakończeniu !

piątek, 18 kwietnia 2014

Buona Pasqua

 
Wesołych Świąt Wielkiej Nocy,
pełnych nadziei oraz miłości
 
BUONA PASQUA
 
 Asia, Andrea, Sofia i Ania
 
 

czwartek, 13 marca 2014

Na fali

W Toskanii już wiosna.
Przepowiednie barmanki z Sinalunga  sprzed dwóch tygodni, o opadach śniegu nie znalazły potwierdzenia. I bardzo dobrze ! Śnieg jest, a i owszem w Abetone. Od nas z okien mieszkania widać piękne ośnieżone szczyty. Tam, na stokach, szaleli narciarze, a nas wywiało nad morze.
 
Tym razem chcieliśmy sobie zrobić piknik na plaży. Postanowiliśmy jechać przed siebie, bez konkretnego planu. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w Marina di Pisa. Bardzo lubię to miasteczko. Było to jedno z pierwszych miejsc, które pokazał mi Andrea. On, jeszcze jako chłopak, chociaż i teraz z moim bratem i tatusiem, jeździł tam na ryby.
 
Marina di Pisa (powiat Pisa) jest to małe miasteczko położone u ujścia rzeki Arno. Tu wpada do Morza Ligurskiego.  
Tak naprawdę Marina, znana z malowniczych domków rybackich, które usytuowane są tuż u ujścia rzeki do morza. 
 
 





Ze względu na swoje podobieństwo do wagi (widać szale z sieci), nazywane są bilancini (wł. bilancia - waga), a tubylcy mówią na nie po prostu retoni (wł. rete - sieć).




 
Zbliżała się pora obiadu. Grupka przyjaciół zaczynała przygotowania, a zaczęli od zarzucenia sieci :) Na naszych oczach zarzucili i wyciągnęli sieć ! Dwie sporych rozmiarów ryby. Tym razem krążące jak sępy mewy oblizały się tylko smakiem.
 
Ten mały koszyk, na górze po prawej stronie, służy do wyciągania ryb z dużej sieci.

 
 
Mile zaskoczyło nas zupełnie odnowione molo spacerowe. Nadal w przebudowie jest przystań wodna, mała galeria handlowa (!) i apartamenty.
 


Takie kolory i ciekawe struktury rzuciły mi się w oczy podczas spaceru. W lecie na pewno jeszcze się tu zazieleni. Systemy nawadniające i oświetlenie już gotowe ! Musimy tu koniecznie wrócić w lecie, wieczorem.


My, też poczuliśmy głód, a nie znaleźliśmy jeszcze piknikowej plaży. Jechaliśmy wzdłuż wybrzeża. Przejechaliśmy Tirrenię i Livorno, aż dojechaliśmy do Castiglioncello. Malutkiego miasta położnego nad jeszcze mniejszą zatoczką. Trochę duży zdrobnień, ale inaczej się nie da.



Plaża publiczna jest kamienista, ale przynajmniej dzięki temu woda jest krystalicznie czysta.



Widać było, że plaża nie została jeszcze uporządkowana po zimie, ale zdaje się, że nikomu to nie przeszkadzało. Słońce skusiło swoimi promieniami całe rodziny. Nie tylko my mieliśmy pomysł na jedzenie na świeżym powietrzu. Znaleźli się i pierwsi plażowicze, a był i jeden śmiałek, który sobie popływał :)
  
 U nas na początku było "z pewną nieśmiałością" ...

 
Później nie mieliśmy już wyjścia. Musiały zamoczyć chociaż stopy.




Poleżeliśmy tak sobie, do 17.00. Słońce przygrzewało naprawdę mocno i musieliśmy się zmusić do powrotu do domu. Z każdym dniem jest bliżej do lata i do wakacji ! A Wy już macie jakieś plany ?